Roman Walczak, ArtRock
Fragment recenzji:
Celowo nie wyróżniam tu żadnego z 20 utworów, gdyż „Inquietum Est Cor” to „muzyczny monoteizm”, i nie tyle nie należy, co zwyczajnie ciężko rozpatrywać poszczególne jego elementy osobno. Ta muzyka jest bardzo wymagająca. Nie jest to album, którego można słuchać w samochodzie czy podczas kupowania margaryny. To muzyka, która domaga się, by poświęcić jej całą uwagę, jeśli ona ma odsłonić swoje bogactwo i oczarować słuchacza. To płyta z gatunku tych, które należy słuchać samotnie, siedząc w fotelu, coś popijając i skupiając się tylko na własnych myślach i muzyce generowanej przez Amaryllis. Jest tak, gdyż to muzyka bardzo osobliwa, ale i głęboko tajemnicza. Słuchając jej, człowiek zdaje się stykać z czymś dużo większym od niej samej, a już na pewno od siebie samego. Uczestniczy się tu (współuczestniczy?) w pewnym mroku tajemnicy. Ale nie jest to bynajmniej mrok średniowiecza, wraz z całym smrodem tamtych czasów, lecz coś… transcendentalnego. Jakiś eteryzm, absolut i świętość, które do siebie wzywają, choć same nie pozwalają się odsłonić. Żadne tam nędzne „sacrum”, jakiegoś męża czy inne krzywe wypaczenie tej kategorii, ale właśnie tajemnica, świętość i chęć uczestnictwa… Sacrum niczym sprzed 700 lat. Zastygłe w łacińskich lirykach i na nowo dziś uwolnione.
Całość można przeczytać klikając na poniższy link